Newsy

  • Recenzja książki z Lotnictwa z Szachownicą Piotra Sikory - Media!
  • Wojciech Łuczak - Takiego opracowania jeszcze u nas nie było.
  • Pełna recenzja książki ze Skrzydlatej Polsce Wojciecha Łuczaka - Media!
  • TVP Szczecin, wywiad, ww6.tvp.pl/6555,942071,1.view
  • Reklama książki i konkursu na stronie www.lotniczapolska.pl
  • Konkurs dla czytelników zakończony!!!
  • Reklama książki na stronie www.301.dyon.pl
  • Książka trafiła do Katalogu Klubu Miłośników Książki Historycznej, który ukaże się w listopadzie 2009 roku.
  • Z końcem września można już było kupić książkę w EMPIK-ach.
  • Debiut książki AIR SHOW 2009 w Radomiu,29-30 sierpnia 2009.

Wtorek, 20 kwietnia 1943 roku.


Wtorek, 20 kwietnia 1943 roku. Dzień, który na trwale wpisał się w historię polskiego lotnictwa i zespołu pilotów myśliwskich walczących pod niebem Afryki. Tzw. Cyrk Skalskiego, który w połowie marca 1943 r. trafił na trzymiesięczny staż w Afryce Północnej (zadaniem pilotów zespołu było zapoznanie się z taktyką walk w powietrzu w czasie działań naziemnych) właśnie tego dnia odniósł swój pierwszy liczący większą liczbę zwycięstw sukces zgłaszając zestrzelenie sześciu samolotów wroga bez własnych strat. Autorem tego wyczynu była sześcioosobowa grupa polskich pilotów pod dowództwem F/Lt Wacława Króla.   
Nie były to jedyne zwycięstwa pilotów alianckich, które 20 kwietnia atakowały z południowego kierunku wycofujące się z Tunezji wojska Niemiec i Włoch. W ciągu całego dnia Kittyhawki, Warhawki i Spitfire'y patrolowały nad Zatoką Tunezyjską i półwyspem Cap Bon. W wyniku walk, które się wówczas toczyły piloci aliantów meldowali zestrzelenie 9 Mc 202, 6 Bf 109 i 4 Ju 88, zestrzelenie prawdopodobne Mc 200 oraz uszkodzenie 3 Bf 109 i 2 Mc 202 bez strat własnych. Poza tym piloci Warhawków uzyskali bezpośrednie trafienie w barkę płynącą na południe od La Goulette oraz zbombardowali Ju 52, który był rozładowywany na południe od półwyspu Cap Bon w punkcie oznaczonym na mapie sztabowej jako K.8381, a także zbombardowali most oraz budynki w rejonie Korby. Hurricane'y Mk. II D zostały wysłane na północny ? zachód od Enfidaville, gdzie oddziały rozpoznania wykryły czołgi nieprzyjaciela. Pilotom nie udało się jednak odnaleźć przeciwnika.   
W lotach tych uczestniczyli także piloci 145 Dywizjonu, w skład którego wchodził Polish Fighting Team, jako eskadra "C?. Piloci jednostki odnieśli 20 kwietnia tylko jeden sukces, którego autorami byli Polacy.  
Przygotowania do zwycięskiego lotu tak wspominał po wojnie Bohdan Arct:  
Dzień 20 kwietnia wstawał nad pustynią zamglony i ponury i nic nie wróżyło, by pogoda miała się poprawić. Bez najmniejszego entuzjazmu opuszczaliśmy przed świtem przytulne namioty, by piaszczystą ścieżką powlec się ociężale w stronę rozrzuconych na skraju lotniska samolotów. Za piętnaście minut obejmowaliśmy codzienną służbę.  
Przy maszynach kręcili się już ospale mechanicy, podgrzewane silniki wypełniały powietrze nieregularnym klekotaniem.  
Na wschodzie horyzont powoli się rozjaśniał, poprzez przyziemne mgły i opary niebo nabierało przedziwnej, żóławorożowej barwy. Było zimno i nasze tropikalne drelichy bynajmniej nie chroniły przed wciskającymi się igiełkami chłodu. Szczękając zębami weszliśmy do namiotu dispersalu, gdzie zaspany Richards poczęstował nas wiadomościami:  
- Polska eskadra startuje za pół godziny na osłonę bombowców w rejonie Tunis - Pantelleria. Będziecie jak zwykle na samej górze, pod wami leci dywizjon Kanadyjczyków. Wyprawa ma na celu atakowanie ewentualnej żeglugi nieprzyjaciela.  
Uśmiechnęliśmy się sceptycznie. Od wielu tygodni ani jeden statek wroga nie ośmielił się zbliżyć do wybrzeży Tunisu. Bezustanne patrole brytyjskich kontrtorpedowców i całkowita przewaga w powietrzu Aliantów odcięły niemal kompletnie dostawy dla Niemców. Niemniej zapowiedź lotu poprawiła nam humory.  
- Może tym razem coś podejdzie - westchnął Maciek, który do tej pory nie miał szczęścia w Afryce. Żeby tak choć jednego zrąbać, zanim nasi Niemców wykończą.  
- Niech tylko pogoda się poprawi, bo się pogubimy. - "Zosia" tęsknie spojrzał na niebo.  
Poranne opary zeszły powoli w dolinę, pomiędzy cienkimi chmurami błysnął błękit nieba. Za parę godzin zaczynał się normalny upał.  
Wacek spojrzał na zegarek:  
- Pójdziemy powoli do maszyn, za dziesięć minut start.  
Sześć Spitfire'ów zwolna wykołowało na otwartą przestrzeń piasku. Przerywane dudnienie silników przerodziło się raptownie w ogłuszający ryk. Pięknie wyciągnięta linia maszyn, wlokąc za sobą długi ogon pyłu, ruszyła powoli z miejsca. Koła biły nerwowo o nierówną powierzchnię, szybkość wzrastała. Za chwilę formacja oderwała się od ziemi i w łagodnym skręcie poczęła nabierać wysokości.  
Przed nami rozwinęła się ciemna wstęga morza, rozświetlona srebrzyście na wschodzie. Przelecieliśmy ponad linią frontu i ciągle się wznosząc, skierowaliśmy się wzdłuż urwistych brzegów w stronę wysuniętego cypla Cap Bon. Pod nami błysnęły skrzydła Kanadyjczyków, jeszcze niżej Kittyhawki wyglądały na tle wody jak śmieszne małe żuki.  
W słuchawkach radiowych panowała cisza, przerywana czasem krótkim rozkazem. Artyleria niemiecka była jakoś dziwnie leniwa i z rzadka jedynie pojawiały się poza i między nami rozrywające się czarne obłoczki.  
Dolecieliśmy do końca półwyspu i skręciliśmy za całą formacją w stronę wyspy Pantelleria.  
Skrzekliwy glos kontrolera z ziemi ostro zgrzytnął w słuchawkach:  
- Hallo, Blue Leader, Blue Leader. Commander calling. Twenty plus bandits ahead of you.  
Znaczyło to, że przed nami znajdowało się w powietrzu ponad dwadzieścia samolotów nieprzyjaciela.   
W podobnym tonie po latach wspominał ten poranek Wacław Król:  
Na dworze było jeszcze ciemno, gdy rozwarła się płachta naszego namiotu. Wartownik, z karabinem na ramieniu, wsunął rękę do środka, namacał moje łóżko, chwycił przez koc za nogę i potrząsnął delikatnie.  
- Sir, it's quarter to four - powiedział półgłosem.  
- Okay! Thanks very much. I am getting up - odpowiedziałem z ciemności namiotu, siląc się na uprzejmość. Gdyby wartownik mógł zobaczyć moją skrzywioną twarz i minę, na pewno by uciekł w popłochu.  
- Bohdan, wstawaj! Za kwadrans czwarta. Wstawaj szybko, wyśpisz się po południu - ponaglałem i zachęcałem go do wstawania, ubierając się po omacku. Odsunąłem poły namiotu. Do wewnątrz wtargnął strumień chłodnego powietrza. Na wschodniej stronie już dniało.  
- Brr, zimno na dworze, mglisto i, zdaje się, pochmurno - stwierdziłem, wychyliwszy głowę z namiotu.  
- Wszystkie kości mnie bolą - żalił się Bohdan. - To cholerne łóżko znów mi się załamało, spałem na wpół pokręcony. Muszę je dziś porządnie zreperować, pomożesz mi, co? Zamknij te wrota, bo ziąb niesamowity!  
- Nie gderaj od samego rana jak stara baba. "Zośka" już poszedł do operations - spostrzegłem cień wysuwający się z sąsiedniego namiotu.  
- Już jestem gotów, tylko zapalę papierosa.  
- Zapalisz po drodze. No, chodźmy już.  
- Cholerny świat! Kiedy też człowiek wyśpi się i do woli na wygodnym tapczanie? - zaczął na nowo Bohdan, potykając się o wklęsłości ścieżki, po której szliśmy w kierunku namiotu operacyjnego. Ktoś podniósł połę wejściową, zabłysnęło światło elektryczne, przygarbiony cień wsunął się do środka.  
- Bohdan, nie narzekaj. W samolocie jest ciepło, mechanicy podgrzali już silniki, będziesz się mógł zdrzemnąć w kabinie. Nie sądzę, by nas poderwano na lot zbyt wcześnie.   
W namiocie kręcił się już Richards, ziewał i prze ciągał się co chwila.   
- Dzień dobry, "Spy", jak się czujesz? - pozdrowiliśmy go po polsku.  
- Cień dopry. Ciękuje, dopsze, psiaklew, choleha! - odpowiedział również po polsku, śmiejąc się. Był naszym pojętnym uczniem. - Obudzili mnie już przed godziną, by podać dla was zadanie na lot - dokończył po angielsku.  
Sięgnął do swej raportówki i zbliżył się do mapy, na której narysował trasę lotu, zaczynającą się od miejsca zbiórki nad miastem Nabel położonym na wybrzeżu morza. Trasa wchodziła stąd w morze, ciągnęła się wzdłuż wybrzeża, by na wysokości przylądka Addar skręcić w prawo na wyspę Pantellerię, a stamtąd wprost na lotnisko. Czas lotu obliczony był na jedną godzinę i piętnaście minut.  
- Będziecie stanowić górną osłonę dla dwóch naszych dywizjonów Spitfire'ów - objaśniał Richards. - Dla was wysokość lotu osiemnaście tysięcy stóp. Pod wami będą Spitfire'y - piątki o dwa tysiące stóp niżej, a pod nimi dwa dywizjony Kittyhawków z bombami. Zadanie: zwalczanie nieprzyjacielskich okrętów, jakie znajdą się na waszej trasie. Zbiórka nad Nabel o godzinie piątej zero, zero. Czy są jakieś pytania?  
- Są, mister "Spy"! - odezwał się od wejścia Maciek Drecki. - Nie dosłyszałem, jakie mamy zadanie?  
Obejrzeliśmy się do tyłu. Maciek stał w rozsznurowanych butach i zapinał pasek u spodni. Spóźnił się jak zawsze.  
- Panowie, trochę zaspałem. Lovely weather today, is'nt it? ? zwrócił się do Richardsa. A ujrzawszy dymiący dzbanek herbaty, dodał wesoło: - Dajcie chociaż łyk tej słonej herbaty przed lotem i jednego suchara, bo na głodniaka to nawet rekiny nie będą mnie chciały ruszyć, gdyby mnie przypadkowo spruli.   
  
  
Bez wątpienia wspomnienia te są niezwykle ciekawe, tyle tylko, że... odbiegają od rzeczywistości. Z dokumentów RAF wynika bowiem jednoznacznie, że PFT wprawdzie rano osłaniał Spitfire'y mające pod swoją opieką Kittyhawki, ale robił to zupełnie inny zespół polskich pilotów, niż dowodzony przez F/Lt Króla. Do walki doszło bowiem dopiero po południu. Ale po kolei...  
  
Głównym zadaniem 145 Dywizjonu w dniu 20 kwietnia 1943 r. była osłona szturmowych Kittyhawków i Warhawków w rejonie Tunisu i półwyspu Cap Bon. Ogółem wykonano 36 samoloto-zadań tego typu. Jako pierwsze (godz. 5.55 - 7.25) poleciały Spitfire'y pod dowództwem S/Ldr Wade'a (12 samolotów). Piloci zauważyli wprawdzie dwa Bf 109, ale znaczna odległość uniemożliwiła atak na nieprzyjaciela. Jako drudzy (godz. 6.55 - 8.25) wzbili się w powietrze Polacy:  
S/Ldr Stanisław Skalski Spitfire IX nr EN 315 (nr boczny ZX-6)  
F/Lt Karol Pniak Spitfire IX nr EN 313 (nr boczny ZX-4)  
F/Sgt Marcin Machowiak Spitfire IX nr EN 267 (nr boczny ZX-5)  
F/Lt Eugeniusz Horbaczewski Spitfire IX nr EN 261 (nr boczny ZX-10)  
F/Sgt Kazimierz Sztramko Spitfire IX nr EN 268 (nr boczny ZX-7)  
Polacy osłaniali 32 Kittyhawki z 239. Skrzydła (po 12 z Dywizjonów 260 i 450 oraz osiem z 3 Dywizjonu RAAF). Nieprzyjaciela nie zaobserwowano.   
Następne zadanie w 145 Dywizjonie znów wykonali Polacy, którzy między 10.25 a 11.50 osłaniali kolejne Kittyhawki. Piloci polecieli w następującym składzie:  
S/Ldr Stanisław Skalski Spitfire IX nr EN 315 (nr boczny ZX-6)  
W/O Bronisław Malinowski Spitfire IX nr EN 300 (nr boczny ZX-9)  
F/Lt Karol Pniak Spitfire IX nr EN 313 (nr boczny ZX-4)  
F/Sgt Marcin Machowiak Spitfire IX nr EN 286 (nr boczny ZX-8)  
F/Sgt Kazimierz Sztramko Spitfire IX nr EN 267 (nr boczny ZX-5)  
W tym czasie w rejonie półwyspu Cap Bon operowały dwie grupy Kittyhawków, za sterami których siedzieli piloci SAAF: po 12 samolotów pochodziło z 2 i 4 Dyonu oraz dziesięć z 5 Dyonu, a także piloci 10 Kittyhawków z 3 Dywizjonu RAAF i 9 samolotów tego typu z 260 Dyonu. Polaków wspierała licząca sześciu pilotów grupa ze 145. Dyonu, która w czasie 10.40 - 12.20 także miała zadanie osłony własnych jednostek w tym samym rejonie.   
Był to także okres, kiedy inne jednostki miały kontakt z wrogiem i osiągnęły sukcesy. Amerykańskie Warhawki (po 12 z Dywizjonów 85, 86, 87 i 316) wykonywały ofensywny patrol i napotkały 2 Ju 88 w osłonie ponad 6 Bf 109. W wyniku walki piloci zgłosili zestrzelenie 2 Ju 88 oraz 3 Bf 109 i uszkodzenie 2 Bf 109 bez strat własnych. Kittyhawki 7. Skrzydła SAAF (po 12 z Dywizjonów SAAF nr 2, 4 i 5) wykonywały ofensywny patrol nad Tunisem przechwytując i zestrzeliwując 1 Ju 88 i 1 Mc 202. Osłaniające je Spitfire'y z 92 Dywizjonu (12 samolotów) przechwyciły 3 Mc 202 i dwa z nich zestrzeliły.  
Kulminacyjnym momentem dla 145 Dywizjonu i operujących w jego składzie Polaków było wymiatanie w rejonie półwyspu Cap Bon rozpoczynające się o godz. 12.35 i kończące się o 13.50. Wraz z Polakami brali w niej udział piloci Spitfire'ów ? po 12 z Dywizjonów 92 i 1 SAAF oraz osiem z 417 Dywizjonu i sześć z 601 Dyonu. W PFT zadanie wykonywała nowa grupa, która w południe zmieniła swoich poprzedników:  
W/O Władysław Majchrzyk Spitfire IX nr EN 300 (nr boczny ZX-9)  
F/O Bohdan Arct Spitfire IX nr EN 315 (nr boczny ZX-6)  
F/Lt Wacław Król Spitfire IX nr EN 313 (nr boczny ZX-4)  
F/O Władysław Drecki Spitfire IX nr EN 286 (nr boczny ZX-8)  
W/O Mieczysław Popek Spitfire IX nr EN 268 (nr boczny ZX-7)  
F/O Ludwik Martel Spitfire IX nr EN 261 (nr boczny ZX-10)  
  
Kiedy lecąca na wysokości 21.000 stóp formacja znalazła się 15 mil na zachód od wyspy Pantelleria, pilotów ostrzeżono o samolotach nieprzyjaciela lecących na tej samej wysokości z kierunku godziny 9 (prostopadle do lewej strony samolotów RAF). Lotnicy skręcili w lewo i zauważyli ponad 20 samolotów wroga, które rozpoznali jako Bf 109, Mc 200 i Mc 202. Wszystkie maszyny, z wyjątkiem dwóch liczących po trzy samoloty kluczy, rozpoczęły atak nurkując ku dolnym formacjom Spitfire'ów. Zostały jednak wówczas zaskoczone przez polską eskadrę, której nie dostrzegły. Do walki doszło około 35 mil na zachód od Pantelerii.  
F/O Arct zaatakował Me109 od czoła, ale nie zauważył rezultatu swojego ognia. W chwilę potem dostrzegł innego nurkującego Bf 109, ulokował się na jego ogonie i otworzył ogień zbliżając się z 300 do 100 jardów. Samolot nieprzyjaciela wykonał pół pętli i będąc na plecach zaczął ostrzeliwać Spitfire'a. F/O Arct zaatakował ponownie z małej odległości i maszyna nieprzyjaciela rozbiła się o powierzchnię morza. Pilot zgłosił zestrzelenie jednego Bf 109.  
W/O Popek z odległości 100 jardów oddał do przelatującej przed nim Mc 202 serię, a następnie będąc na ogonie przeciwnika posłał w jej kierunku długą serię. Z włoskiej maszyny posypały się części, a samolot pokrył się białym dymem. W/O Popek znalazł się po prawej stronie maszyny wroga i oddał jeszcze jedną długą serię, po której włoski samolot w prostopadłym nurkowaniu uderzył w morze. Pilot zgłosił zestrzelenie jednego Mc 202.  
F/Lt Król został zaatakowany przez trzy Bf 109 i jednego Mc 202. Król wykonał skręt i znalazł się za ostatnim z atakujących go samolotów. Kiedy przeciwnik dostrzegł, że ma na ogonie Spitfire'a, rozpoczął nurkowanie. Polak poleciał za nim i otworzył ogień z odległości 300 jardów, a maszyna wroga stanęła w ogniu i zaczął się z niej wydobywać czarny dym. F/Lt Król zmniejszył odległość do 200 jardów i wciąż będąc w nurkowaniu oddał długą serię w kierunku przeciwnika. Samolot wroga rozbił się o powierzchnię morza. Pilot zgłosił zestrzelenie jednego Mc 202.  
W/O Majchrzyk zanurkował w kierunku pięciu Bf 109, ale dostrzegł wznoszącą się przed nim Mc 202. Po krótkiej serii wystrzelonej w jej kierunku, nieprzyjaciel zanurkował. Majchrzyk pogonił za nim i oddał długą serię z 100 jardów. Mc 202 wszedł w prostopadłe nurkowanie i uderzył w morze. Pilot zgłosił zestrzelenie jednego Mc 202.  
F/O Drecki zaatakował będącego w locie nurkowym Bf 109. Oddał w jego kierunku serię z tyłu, następnie drugą, z mniejszej odległości. Nieprzyjaciel wyciągnął w górę i następnie zwalił się w dół ? silnik Messerschmitta stanął w płomieniach i odpadły od niego kawałki konstrukcji. W plecowym położeniu i w korkociągu wpadł do morza. Potem F/O Drecki zaszedł od tyłu innego Bf 109, który atakował będącego w nurkowaniu Spitfire'a. Polak strzelał do niego ze 100 jardów, widział trafienia pocisków, ale w tym momencie został zaatakowany przez innego Messerschmitta. Spitfire F/O Dreckiego został trafiony i zapalił się. Pilot ostro zanurkował i w ten sposób ugasił ogień. Uszkodzenie samolotu Dreckiego zostało zakwalifikowane jako pierwszej kategorii (Cat. 1). Pilot zgłosił zestrzelenie jednego Bf 109 i zestrzelenie prawdopodobne kolejnego Bf 109.  
Tymczasem F/O Martel miał zupełnie inne zadanie ? samotnie zaatakował dwa pozostające w odwodzie klucze wroga uniemożliwiając tym samym nadejście odsieczy i chroniąc swoich kolegów. Polak zaatakował Mc 200, który leciał w formacji będącej w odwodzie przeciwnika. Oddał długą serię z odległości 300 jardów, zbliżając się do 200 jardów. Cel nie był łatwym celem, ponieważ ? jak L. Martel wspominał po latach ? Macchi była bardzo małym samolotem i jej trafienie wymagało sporo umiejętności. Polak zauważył dużą eksplozję na pokładzie włoskiego samolotu i odrywające się od niego duże kawałki. Maszyna wroga przewróciła się na plecy i wydobywał się z niej czarny dym. Martel musiał jednak przerwać akcję, ponieważ został zaatakowany przez innego myśliwca nieprzyjaciela. Podczas wykonywania uniku, przed nosem samolotu F/O Martela pojawił się Bf 109, którego Polak ostrzelał dwoma seriami z odległości 150 jardów. Niemiecki samolot wpadł w korkociąg i rozbił się o powierzchnie morza. Pilot zgłosił zestrzelenie jednego Bf 109 i zestrzelenie prawdopodobne Mc 200.   
  
Dowodzący Polakami F/Lt Król tak po latach wspominał tę walkę:  
  
- Zephyr leader! - włączył się kontroler. - Naprzeciwko was, w odległości dwudziestu mil, ponad dwadzieścia nieprzyjacielskich samolotów. Jak zrozumiałeś?  
- Okay! Your message received and understand - odpowiedziałem, siląc się na spokój.  
Osiągnąłem już wysokość nakazaną. Jest ich dwudziestu, nas jest sześciu, ale to musi wystarczyć. Tymczasem wyspa Pantelleria przybliżyła się do nas, widać było wyraźnie biel rozbijających się fal morskich o skaliste jej brzegi i jakieś miasteczko przytulone do zielonych wzniesień.  
- Jesteście o dziesięć mil od nich - ostrzegał znów kontroler.  
Jeszcze bardziej wytrzeszczyłem oczy i w tej chwili zauważyłem na horyzoncie szybko zbliżające się w naszym kierunku sylwetki samolotów. Lecieli spokojnym rojem, musieli nas jeszcze nie widzieć. Wykorzystałem ten moment, a gdy zbliżyliśmy się jeszcze trochę, wydałem rozkaz do ataku, podrywając jednocześnie maszynę w skręt, by wyjść im na tyły. Nie potrzebowałem już dalej kierować losem naszych pilotów w mającej rozegrać się za chwilę powietrznej bitwie, bo byłoby to bezcelowe. Każdy z nas znał swe rzemiosło, a walka zamieniała się w takich wypadkach w indywidualne pojedynki powietrzne.  
Tak się też stało. Przestrzeń napełniła się wkrótce wyciem silników kotłujących się maszyn myśliwskich.  
Zaatakowałem jeden z bocznych kluczy nieprzyjacielskich samolotów - były to Messerschmitty - ale kątem oka zarejestrowałem, że następny klucz, lecący nieco z tyłu, poderwał się w górę, usiłując gwałtownym manewrem zająć miejsce za moim samolotem. W tej sytuacji mogło być źle ze mną, zwłaszcza że któryś z niemieckich myśliwców otworzył już do mnie ogień. Położyłem błyskawicznie Spitfire'a w prawy wiraż, zmuszając tym samym przeciwników do niewygodnego manewru. Każdy pilot myśliwski bardziej lubi wykonywać skręt w lewą stronę niż w prawą. Dwa Messerschmitty poleciały dalej, a jeden wykonał jakiś niemrawy manewr, widać było, że pilot się zawahał, jak gdyby się zdziwił, co się dzieje? Bez trudu znalazłem się na jego ogonie i popatrzyłem na niego uważniej przez przednią szybę i świetlne koła celownika. Wydał mi się niepodobny do Messerschmitta.  
To przecież włoski samolot myśliwski, Macchi-202, przebiegło mi przez myśl. Za chwilę zdziwisz się jeszcze bardziej, makaroniarzu jeden! dodałem w duchu.  
Macchi-202 od niemieckiego Messerschmitta odróżniał się grubszą, bardziej pękatą sylwetką, pomalowany był też na inny, żółtawozielony, cętkowany kolor ochronny. Na skrzydłach i kadłubie zauważyłem włoskie znaki lotnicze. Do Włochów nie czułem nigdy antypatii. Gdyby nie Niemcy, na pewno Włochy nie znalazłyby się w stanie wojny z nami. Był moment, że na ułamek sekundy zrobiło mi się go żal. Nie zdawał chyba sobie sprawy z tego, co mu grozi, bo znurkował na pełnym gazie w kierunku wyspy, odłączając od reszty szyku. Zamierzał się chyba wycofać z tej całej awantury powietrznej, do której doprowadzili go jego koledzy na Messerschmittach. Mój Spitfire był jednak szybszy, odległość między nami zaczęła się prędko zmniejszać, pękata sylwetka Macchi rosła w celowniku. Musiałem nawet przymknąć gaz, by utrzymać się w odpowiednim dystansie od niego i aby mieć go stale na celowniku. Kciuk prawej ręki spoczywał na elektrycznym włączniku uzbrojenia, a gdy odległość zmniejszyła się do 250 yardów, nacisnąłem włącznik. Rozległ się głuchy grzechot karabinów maszynowych i działek, języki ognia pojawiły się u wylotu luf na obu skrzydłach. Pociski świetlne ogarnęły w oka mgnieniu włoski samolot, uderzały wściekle o kadłub, skrzydła i silnik. Za jego ogonem pojawiła się cienka smuga ciemnego dymu. Seria musiała być celna, bo samolot wroga przeszedł na wznoszenie i pochylił się głęboko na lewą stronę.  
Chyba pilot zamierza wyskoczyć, pomyślałem. Niech sobie skacze, może go z wody wyciągną - na sumieniu zrobiło mi się trochę lżej.  
Ale z samolotu nie odrywał się pilot, warkocz dymu wyraźnie się powiększał. Znów znurkował pod dużym kątem. Na wszelki wypadek posłałem mu jeszcze jedną długą serię, po której odpadła z niego jakaś część usterzenia. Macchi zwinął się teraz w podciąganym skręcie i zaczął obracać się wokół swej podłużnej osi, przechodząc wkrótce w pionowy korkociąg. Pilot nie opuszczał wciąż samolotu. Nie opuścił go nawet wtedy, gdy na 3000 stóp ogarnęły go czerwone języki ognia. Kręcił się dalej w śmiertelnym tańcu, a za chwilę rąbnął brutalnie w spokojną powierzchnię morza. Fontanna wody, ognia i dymu wytrysnęła wysoko, zakołysała się spieniona woda, obłok pary wodnej okrył na chwilę miejsce katastrofy.  
Nie było jednak czasu na napawanie się zwycięstwem, w górze walka trwała na pewno dalej. Położyłem samolot w skręt i rozejrzałem się dokoła. W niedalekiej ode mnie odległości zwalił się z góry niemiecki Messerschmitt z pióropuszem dymu za ogonem.  
Znów fontanna wody i dymu, rozlatujące się szczątki po powierzchni wody, znów zafalowały mocniej odmęty dotychczas spokojnego morza. W górze wisiał człowiek na spadochronie.   
Podobnie radosne chwile wspominał F/O Arct:  
Bez słowa rozkazu atakujemy. Powietrze napełnia się wściekłym rykiem goniących się i zwijających w gwałtownych ewolucjach samolotów. Sześciu za dwudziestu, ale tych sześciu to weterani bojów w Polsce, Francji i Anglii, to ludzie, którzy od czterech lat znajdują się w pogoni za Luftwaffe, szukając rewanżu za doznane krzywdy.  
Oddaję krótką serię do przewijającej mi się przed maską silnika maszyny i wybieram inną, bardziej dogodną ofiarę. Około sześćset metrów z przodu dostrzegam wydłużoną sylwetkę Messerschmitta, która ostrym zawrotem usiłuje skryć się w słonecznym blasku.  
- Ty będziesz mój - szepczę, podciągając maszynę. Na moment nerwy mi się odprężają, odczuwam natychmiastową ulgę.  
Niemiec wyrównuje i przez pewien czas leci po prostej. Jestem za nim o jakieś pięćset metrów i uważnie biorę go na celownik. Widocznie mnie zauważył, bo szybko wywraca, starając się mnie stracić z ogona. Miękko przekładam maszynę na plecy i lekko ściągam drążek. Jestem znów za nim, już znacznie bliżej. Odkładam poprawkę i naciskam na spust. Rozlega się znane klekotanie działek, przez kadłub Spitfire'a przebiega drżenie. Przerywam ogień i obserwuję rezultat, Niemiec leci dalej i rozpoczyna nowy zawrót pod słońce.  
Daję mu drugą serię - znowu nic. Ogarnia mnie złość:  
- Z czego tę cholerę zbudowali, że się nie chce rozlecieć - przebiega mi przez głowę.  
Jesteśmy obaj na plecach, gdy oddaję trzecią długą serię i z rozpaczą dostrzegam smugi "trascorów" tryskające z mych skrzydeł. Znak, że kończy mi się amunicja. Jeszcze jedna seria i działka i karabiny cichną. Nie ma czym strzelać.  
Z ogona Niemca snuje się cienka czarna smuga i, powoli gęstniejąc, zamienia się w białawy szeroki pas dymu. Serce podchodzi mi do gardła. Dostał, i to dobrze.  
Lecimy obaj dalej, jestem za nim najwyżej sto metrów i widzę czarne krzyże na jego skrzydłach. Bezsilność doprowadza mnie do szału, nie mam amunicji, a Messerschmitt, choć kopci coraz więcej, ani nie chce się zapalić, ani wpaść do morza.  
Dalsze czekanie na rezultat staje się ryzykowne, ponad głową widzę samoloty, mogą to być Niemcy, Z ciężkim sercem postanawiam porzucić ofiarę i wracać do domu. Przypominam sobie przedwczorajszą przygodę z Macchi i daną sobie obietnicą.  
- Źle - myślę - znów mogę zgłosić tylko "prawdopodobny". Żeby go jasny szlag trafił.  
Jakby słuchając mego przekleństwa, Niemiec niespodziewanie przechyla się przez skrzydło i, ciągnąc za sobą białą smugę, wali się w dół korkociągiem. Wydaję jakiś nieartykułowany okrzyk i pikuję za nim, przezornie jednak rozglądając się przy tym dokoła.  
Wierzchołki fal wydają się niebezpiecznie blisko mej maszyny, gdy Messerschmitt gwałtownie uderza w powierzchnię wody i ginie w rozbryzgach białej plamy. Ogromna fontanna wytryskuje szerokim wachlarzem, po chwili jedynie rozchodzące się na wodzie szerokie koła znaczą miejsce, gdzie spoczęła moja ofiara.  
Dodaję gazu i lecę tuż nad morzem, kierując się na południe w stronę niewidocznego z tej wysokości brzegu Afryki. Po drodze nawiązuję łączność radiową z resztą kolegów:  
- Mówi Bohdan. Zrąbałem Messerschmitta. Czy wszyscy w porządku?  
- Zestrzeliłem jednego na pewno, a drugiego prawdopodobnie - głos "Zosi" drży z podniecenia.  
- Mam jednego, wracam do bazy.  
- Sprałem Włocha, Macchi 202.  
- Mówi Maciek. Dostałem jednego i uszkodziłem drugiego. Stawiam wszystkim podwójną whiski!   
  
Z samolotami przeciwnika starły się także osłaniane przez Polaków Spitfire'y. Piloci 92. Dywizjonu meldowali zestrzelenie trzech Mc 202 (dwa F/Sgt Askey, jednego F/O Baker) oraz uszkodzenie dwóch samolotów tego samego typu (po jednym W/O Fry i Sgt Brister), natomiast F/O Toller z 601. Dywizjonu zgłosił zniszczenie Bf 109. Strat własnych nie było.  
  
Polacy starli się z włoskimi samolotami: z 25 Macchi Mc 205V z 6° i 17° Gruppo należącymi do 1° Stormo, dowodzonymi przez Maggiore Luigi Di Bernardo ? zastępcę dowódcy 17° Gruppo ? oraz dziewięcioma Macchi Mc 202 z 80 Squadriglia należącej do 17° Gruppo dowodzonymi przez Capitano Clizio Nioi. Po walce okazało się, że Włosi stracili trzy Mc 205 (zginęli Tenente Francesco Fanelli i Tenente Vittorio Bacchi Andreoli, a Maresciallo Anano Borreo rozbił samolot podczas przymusowego lądowania na Pantelerii). Kilka innych Macchi wróciło do bazy uszkodzonych, a w jednej z nich ranny Capitano Pietro Calistri. Piloci Regia Aeronautica meldowali o zestrzeleniu 14 Spitfire'ów, które zostały im zaliczone przez naziemnych obserwatorów (!). Już po rozpoczęciu walki na pomoc Włochom ruszyli piloci Bf 109 z I./JG 77, ale prawdopodobnie nie zdążyli wziąć w niej udziału .